
Barbara Bogucka [B.B.]: Jak rozpoczęła się Pani przygoda z ilustracją dla dzieci?
Elżbieta Wasiuczyńska: Redaktor Wydawnictwa Muzycznego przyznał się po latach współpracy, że zlecił mi pierwszą książkę, bo BAŁ SIĘ odmówić. Rzeczywiście buchałam determinacją, było nie było, na debiut czekałam długie 20lat. Już jako pięciolatka podjęłam bowiem decyzję, że będę ilustrować książki.
Sabina Kiełczewska [S.K.]: Kto jest Pani Mistrzem ilustracji dziecięcej? Kto (lub co) jest dla Pani największą inspiracją?
Trudno było by mi wybrać jednego tylko mistrza. Kochałam żarliwie, nie bez nutki zawodowej zawiści ilustracje Jana Marcina Szancera i Janusza Grabiańskiego. Rozśmieszał mnie Bogdan Butenko. Rozczulał Mieczysław Piotrowski. Fascynowała Olga Siemaszko. Lubiłam bardzo książki ilustrowane przez Zbigniewa Rychlickiego, Marię Uszacką i Zdzisława Witwickiego. Na niektórych arcymistrzów trafiłam dopiero jako osoba dorosła. Uwielbiam prace Janusza Stannego i Józefa Wilkonia.
Co mnie inspiruje? Przeważnie tekst, choć kreatywności przydają też rachunki przesłane przez gazownię i elektrownię...
B.B.: Ukochana książka z dzieciństwa? Nie kusi Pani, by zilustrować ją na nowo?
W ukochanych książkach z dzieciństwa, nie chciałabym zmienić ani kropeczki. Poza tym, trudno jest się wyzwolić spod czaru dobrego ilustratora, zobaczyć tekst po swojemu, i co ważniejsze przekonać do tego innych. Dla wielu moich równolatków, po Szancerze, to już tylko panie dziejku POTOP.
S.K.: Inna wymarzona książka do zilustrowania?
Od zawsze marzę o zilustrowaniu Brzechwy, nęcą mnie też bardzo książki autorskie, ale w szponach bieżączki trudno to zrealizować.
B.B.: Jak dzieci – odbiorcy reagują na Pani ilustracje? Czy coś w ich reakcji zaskoczyło albo zainspirowało?
Dzieci przeważnie wierzą, że autor / ilustrator wie o postaciach wszystko. Dąsają się , że nie chcę im podać adresu Pana Kuleczki, dopytują ze zmarszczoną brwią dlaczego nie ma żony, pytają - co będzie dalej. Jestem zagorzałą fanką dziecięcy...